Nasze negocjacyjne sukcesy
Bronisław Wildstein napisał - Rzeczpospolita 3 lipiec 2007
Premier i prezydent oburzają się,że na ostatnim szczycie niewłaściwie zapisany został układ z Joaniny. Miał on dawać państwom sprzeciwiającym się unijnej większości zwłokę dwóch lat. W porozumieniu brukselskim zapisano zwłokę na „rozsądny czas” - co według prawników oznacza trzy miesiące. Prezydent ogłasza, że umówione było co innego. Problem w tym, że na dokumencie z Brukseli przyjmującym owo rozwiązanie widnieje podpis prezydenta. Trochę trudno mu w tej sytuacji odwoływać się do jakichś nieformalnych uzgodnień, skoro ostatecznie podpisał co innego. Czyżby znaczyło to, że prezydent nie wiedział, co podpisuje? Przyjmijmy jednak, choć z trudem, że nad ranem, po wyczerpujących negocjacjach, nawet prezydent nie bardzo wie, co podpisuje. Od tego ma jednak ze sobą specjalistów, w tym wypadku głównie swoją ulubioną minister spraw zagranicznych, aby rozjaśniła mu niejasności i wskazała konsekwencje. Minister Fotyga była z prezydentem w Brukseli, formalnie odpowiada za kształt porozumienia, a więc… Ale nie. Premier i prezydent są minister Fotyga zachwyceni. Pewnie muszą wiedzieć więcej niż inni, gdyż zdania ich w tej mierze nikt (chyba) nie podziela. Tylko co z feralną Joaniną?
Negocjacje ze strony polskiej prowadziła para tzw. szerpów: Ewa Ośniecka-Tamecka i Marek Cichocki. W pewnym momencie okazało się jednak, że - równolegle z nimi - traktat omawia (z tymi samymi rozmówcami) druga ekipa z nadania MSZ. Widocznie premier (albo prezydent) uznał że od przybytku głowa nie boli. Bo chyba nie sposób przyjąć, że przyczyną tego była odruchowa podejrzliwość naszych głów państwa i uznanie, że ekipy będą kontrolować się nawzajem. Trudno jednak sądzić, że jeśli u tych samych unijnych decydentów niezależnie od siebie pojawiają się dwie ekipy negocjatorów, ich wartość wzrasta dwukrotnie. W efekcie po zaciekłej walce za cenę życia uzyskaliśmy to, co obiecano nam już dużo wcześniej, a dodatkowo nie wiemy, co podpisaliśmy.
Być może należałoby przyjąć, że w sprawach wagi państwowej nieco mniej powinny decydować personalne sympatie i urazy.
Czytając powyższe trudno nie zauważyć całkowitej zgodności autora z przedstawicielami całej polskiej opozycji w opisywanej tematyce.
lch777